Ewa Nocoń: Świętość rozumiemy na różne sposoby. Sam Jezus Chrystus mówi o dążeniu do świętości przez naśladowanie Go. Na czym, proszę Ojca, ma ono polegać?


Ojciec Leon Knabit: Pan Jezus zwraca się do człowieka z zadaniem realizowania powołania. Jednak każdy z nas inaczej odczytuje powołanie, które przypada mu w udziale. Słowa Boga skierowane do nas możemy porównać do słońca i gleby. Słońce jest to samo i ziemia w danym miejscu taka sama, a jednak wyrastają na niej czerwone, białe i niebieskie kwiaty. Jedne rośliny mają liście owalne, inne strzępiaste, chociaż wyrosły z tej samej ziemi. Podobnie jest z owocami i warzywami, które zachwycają swoją różnorodnością. Tak też jest w przypadku słów Jezusa, który mówi: „Bądźcie święci jak Ojciec” [por. Ewangelia wg św. Mateusza 5, 48]. Każdy człowiek musi znaleźć swoją ścieżkę na tej ogólnej drodze do zbawienia. Może to być ścieżka zmierzająca przez życie konsekrowane lub życie w świecie. Każde z nich jest oparte na jasnych wskazówkach, którymi są Boże przykazania.


Święty ze swojej istoty jest Pan Bóg. Człowiek został stworzony na Jego obraz i podobieństwo. Czy to podobieństwo nie jest już początkiem świętości zapisanej w nas do dalszej realizacji?


Rzeczywiście tak jest, ale należy patrzeć na człowieka realnie, pamiętając, że ma „przetrącony” kręgosłup na skutek grzechu pierworodnego. Słowo „grzech” może być tutaj mylące, ponieważ w mowie potocznej oznacza winę konkretnego człowieka. W przypadku grzechu pierworodnego jest trochę inaczej. Jest on trwaniem w stanie wygnania pierwszego człowieka, który decydując się na nieposłuszeństwo wobec Boga, sam siebie skazał na opuszczenie raju. Dzieci Adama i Ewy nie trwały w pierwotnej szczęśliwości i nie są święte. Mówiąc obrazowo: człowiek współczesny wszystkiego musi się dorabiać, bo rodzice roztrwonili kiedyś majątek, który został im dany. Pan Jezus, patrząc na nasz trud, mówi: „Nie martw się, my to wszystko odzyskamy, ale przez rodziców masz więcej kłopotów”.
Cała niedola ludzkości wzięła się z grzechu pierworodnego, który przyćmił w nas obraz Boga. Jesteśmy jak za zamazaną szybą oddzielającą nas od Pana. Możemy przez nią zobaczyć  trochę ostrzejszy obraz po przyjęciu chrztu świętego. Dalsze życie jest dążeniem do uzyskania całkowitej przezroczystości szyby. Znika ona zupełnie u ludzi osiągających świętość po śmierci, w chwili zjednoczenia się z Bogiem. Trzeba podkreślić, że to zjednoczenie nie jest jednak żadnym roztopieniem się we wszechobecnej energii, ale byciem w osobowym Bogu z całkowitym zachowaniem odrębności i indywidualności przez człowieka.


Thomas Merton powiedział, że bycie świętym polega na byciu sobą i że wszystko zależy od tego, czy odkryjemy, kim naprawdę jesteśmy. We współczesnym świecie odnalezienie siebie i odpowiedzenie sobie na pytanie, kim jestem, może okazać się trudne...


Jak już powiedziałem wcześniej, człowiek jest wygnańcem obciążonym winą pierwszych rodziców. Oprócz tego nosi w sobie ciężar grzechów, które sam popełnia w czasie swojego życia. Grzechy te prowadzą do karykaturyzacji osobowości człowieka. Dokładając do tego twierdzenia, które pojawiają się w mediach, że grzechu nie ma, a człowiek jest taki, jaki jest, a jeśli ktoś zdobywa pieniądze za wszelką cenę, to jest uczciwy inaczej – to trudno się dziwić, że nie możemy odkryć, kim jesteśmy. A to jest podstawą w dążeniu do dobra. Już starożytni głosili: „Poznaj samego siebie”. O tym, że upływ czasu nie zmienił tego twierdzenia, świadczą słowa św. Leona Wielkiego: „Poznaj, chrześcijaninie, godność swoją”.
Najgorsze dla człowieka jest przedarcie się przez pozory światła, które tworzą małe światełka, będące tak naprawdę ciemnością. Prawdziwym światłem jest Chrystus. Jan Paweł II mówił, że nie można poznać człowieka bez Chrystusa. Nikt nie może więc odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jest, bez odniesienia się do osoby Jezusa. Jeśli mamy do czynienia ze świętością „obiektywną”, niezależną od wiary, i realizują ją ludzie, którzy są altruistami, choć nie identyfikują się z Bogiem, to albo mimo woli realizują w sobie chrześcijaństwo, albo tak bogato zostali obdarzeni przez Stwórcę, czynią jednak za mało... Człowiek może tylko odkrywać, kim naprawdę jest, w odniesieniu do Boga i do nieśmiertelności przywróconej nam przez Chrystusa. Nasze życie jest szukaniem Boga w sobie i poszukiwaniem siebie w Bogu.


Wspomniał Ojciec o pozornych światełkach, które nie pozwalają człowiekowi dostrzec prawdziwego Światła. Czy „wygaszaczem” tych mylących światełek może być cierpienie, niesienie krzyża obecne tak często w naszym życiu?


Istnieją różne „wygaszacze” i na każdego człowieka inne „wygaszacze” zadziałają. Czasami Pan Bóg sprawia, iż błysk tych światełek jest tak intensywny, że oślepi człowieka. Stanie się tak, by pokazać np. bezsensowność zdobywania fortuny w sposób nieuczciwy, czy nawet uczciwy, jeśli idzie za tym niepohamowana chęć posiadania i używania. Przykładem tego są liczne życiorysy osób znanych i bogatych, które popełniają samobójstwo, bo nie widzą już sensu swojego życia. Inni, np. gwiazdy filmowe czy rockowe, zapadają w depresję, załamania nerwowe, sięgają po alkohol czy narkotyki. Jak temu zapobiec? Odpowiedź jest prosta: ciesz się z tego, co masz, i dobrze to wykorzystuj. Pragnąc posiadać coraz więcej, ludzie dochodzą do wniosku, że milion to mało, dwa mało, sto i więcej też nie wystarcza. Wszystko zostaje podporządkowane kapitałowi. To już satanizm. Człowiek zostaje oślepiony przez pozorne światełka i widzi tylko ciemność. W tej ciemności zaczyna wreszcie szukać prawdziwego Światła. Czasem to poszukiwanie rozpoczyna się dzięki konkretnemu cierpieniu, np. gdy umiera ktoś bliski, kiedy człowiek zostaje niesłusznie o coś posądzony i trafia do więzienia, a jego nazwisko z pierwszych stron gazet przechodzi na strony z kroniką kryminalną.
Każdy z nas ma swoją ścieżkę na drodze do Boga i wobec każdego Pan Bóg stosuje odpowiedni środek na otrzeźwienie. Jeśli to nie skutkuje, opamiętanie przychodzi niekiedy dopiero w godzinie śmierci.


Mówimy, że świętość jest wpisana w powołanie każdego człowieka. Jak w przypadku wyznawców innych religii i ludzi niewierzących w Boga wygląda dążenie do świętości. Czy jest ono w ogóle możliwe?


Thomas Merton mówi o świętych przedmiotach: świętej rzece, świętych drzewach. Są one dla niego święte, ponieważ doskonale wypełniają to, do czego zostały przeznaczone i powołane przez Boga. Drzewo, zwierzę nie muszą się uczyć, żeby odnaleźć swoje „ja”. Inaczej jest z człowiekiem, który musi szukać swojego prawdziwego „ja” i tego, do czego został przeznaczony. To odkrywanie, kim jesteśmy i do czego zostaliśmy powołani, realizuje się dzięki sumieniu i podążaniu w życiu za jego głosem. Pierwotnie w sercu każdego człowieka było ziarno prawdy, jednak z czasem ludzie rozbiegli się po świecie i każdy po swojemu zaczął interpretować Boże Objawienie. W ten sposób doszło do powstania różnych ras, religii i języków. Bez względu na to, do jakiej rasy człowiek należy, jakim posługuje się językiem i jaką religię wyznaje, jest powołany do świętości. Do jej realizowania potrzebna jest łaska. Jednak w dążeniu do świętości nieustannie przeszkadza ludziom szatan. Do świętości nie dążą zaś ludzie pozbawieni sumienia, którzy dobro nazywają złem a zło uważają za dobro. Ich życie przypomina zdarzenie z raju, gdy zrywanie owoców z zakazanego drzewa – a więc zabronione przez Boga, czyli złe – stało się dla Adama i Ewy dobre. To, co wcześniej dla pierwszych rodziców było dobre i bezpieczne – obecność Boga – stało się złe i zaczęło budzić ich lęk. Za ludzi pozbawionych sumienia trzeba się modlić, aby odnaleźli siebie i swoje powołanie.
Ludzie niewierzący lub wyznający inną religię mogą uzyskać świętość, ale w ich życiu i działaniu widoczny jest Bóg. I choć sami nie mówią, że są ludźmi wierzącymi, to jednak zostali obdarzeni łaską, która pozwala im na osiągnięcie świętości. Mówimy o nich, że duchowo przynależą do Kościoła, ponieważ doskonale odczytali i realizują powołanie dane im przez Boga.