Uwierzyć to znaczy zaufać, zapamiętać
i pogodzić się z przemijaniem,
bo wiara to zapasy między ufnością a czasem.
Kiedy Abraham usłyszał od Pana, że jego potomstwo będzie tak liczne jak gwiazdy na niebie – uwierzył. Nie mógł nie ufać Bogu, którego kochał i któremu służył. Mijał jednak czas. Od momentu, kiedy przybyli do Kanaanu upłynęło dziesięć lat. Sara patrzyła na męża ze smutkiem, dostrzegając każdą nową zmarszczkę na twarzy, każdy siwy włos, pochylenie pleców, wzrok utkwiony w dali. Abraham starzał się coraz bardziej. Nie dało się tego ukryć.
Każdego dnia jej mąż wstawał razem ze słońcem. Doglądał stad, rozmawiał z pasterzami, zajmował się sprawami związanymi z ziemią, którą podarował mu Bóg.
– Gdzie jesteś o Wszechmocny, kiedy on patrzy w niebo usiane miliardami gwiazd? – rozważała. – Pamiętasz, co mu obiecałeś! Dlaczego nie spełniasz swojej obietnicy? Jakiej ofiary oczekujesz? Czy mało Ci poświęciliśmy? Czy nasza służba jest Ci niemiła? Sara załamywała ręce. Wiele godzin spędzała na modlitwie i kontemplacji. Tak bardzo chciała przekonać Boga, że to, co dla Niego nie istniało, dla ludzi było najbardziej niebezpieczne i cenne – czas.
Ale Bóg nie chciał rozmawiać z Sarą. Stara kobieta nie mogła patrzeć na mężczyznę, którego plecy każdego wieczora coraz bardziej pochylały się ze zmartwienia. Nie chciała już liczyć zmarszczek, które szybko zakrywały ukochaną twarz. Sara wiedziała, że nie mają dziecka z jej winy – była przecież bezpłodna.
Kiedy Abraham wychodził do swoich zajęć, Sara myślała nad tym, co zrobić, aby wypełniła się obietnica. Nie mogła jednak wpłynąć na dar, który Wszechmocny chciał dać jej mężowi. Nie mogła również już czekać. Postanowiła, że skoro Bóg pozostaje głuchy na jej prośby, sama musi się tym zająć.
Pewnego dnia powiedziała do Abrahama: – Minęło już tyle czasu, Pan chce, żebyśmy mieli potomstwo, ale ja ci go dać nie mogę. Mam piękną i zdrową niewolnicę. Niech ona stanie się matką naszych dzieci.
Słowa Sary zabolały go jak uderzenie rzemieniem. Przecież to ona była jego żoną, ofiarował mu ją Bóg. Opiekował się nią, wiele razem przeżyli. Chciał z nią dzielić radość swojego ojcostwa, chciał patrzeć, jak przytula do piersi ich syna. Nie, nigdy nie zgodzi się na to, żeby matką jego dziecka została inna kobieta niż Sara.
I chociaż czasem umysł nie chce zgodzić się
na jakieś rozwiązanie,
to rzeczywistość pokazuje,
że tylko ono jest dla nas możliwe w tej chwili.
Pewnego dnia Abraham wracał do domu po oględzinach zwierząt, upał doskwierał mu bardziej niż zwykle. Myśli krążyły jak stado niesfornych owiec, które rozpraszały się i nad którymi nie można było zapanować.
– Każdego dnia staję się słabszy. Coraz bardziej pragnę ciszy i odpoczynku. Moje ciało buntuje się przeciwko wszelkiemu wysiłkowi. Jestem już starym człowiekiem.
I wtedy dostrzegł Hagar. Przyglądał się jej. Miała ciemne, długie włosy. Wpatrywała się w niego orzechowymi, smutnymi oczami. Była smukłą, ładną, młodą kobietą. Jej spojrzenie i ruchy zdradzały pewność siebie. Abraham patrzył na nią, zapominając o głodzie i pragnieniu. Hagar przyszła po wodę do studni, nabrała jej pełny czerpak i podała go Abrahamowi. Kiedy mężczyzna sięgnął po niego, ich dłonie spotkały się. Na chwilę oboje zamarli, czas zatrzymał się dla nich, ziemia przestała krążyć. Ptaki zamilkły, słońce przygasło, cała natura wstrzymała oddech. Wszystko to trwało ułamek sekundy, ale wspomnienie tego, co poczuli, nie pozwoliło im spojrzeć sobie w oczy.
Abraham wrócił do Sary, ale zasypiając w namiocie myślał o delikatnej twarzy młodej dziewczyny, o jej pięknej skórze i perłowych zębach. Gdyby mógł z nią być, nie raniąc Sary – przemknęło mu przez głowę. Wiedział jednak, że jest to niemożliwe.
Kilka dni później Sara znowu przypomniała mu o Hagar, mówiąc, że byłaby idealna do urodzenia ich syna. Teraz jednak Abraham nie myślał już tylko o bólu Sary. Wiedział, że dziecko, które dałaby mu niewolnica, nigdy nie stałoby się dzieckiem jego żony. Hagar była zbyt piękna i dumna, aby pozwoliła swojej pani na odebranie jej syna. Abraham bał się spotkania obydwu kobiet. Przeczuwał, że kiedy chodzi o rzeczy ważne, żadna z nich nie wycofa się i nie odejdzie, będą walczyć. Mężczyzna nie chciał, żeby one walczyły, nie chciał ich rywalizacji. Były jak księżyc i słońce, woda w jeziorze i woda w potoku. Dwie kobiety, dwa płomienie, ale o przeciwnej naturze.
Zachwyt, tak jak radość,
rodzi się w sercu człowieka
i chociaż dotyka tego,
co na zewnątrz,
staje się częścią jego wewnętrznego świata.
Pewnego dnia, wracając z pastwiska zobaczył wychodzącą z jeziora Hagar. Jej długie włosy zakrywały piersi i spływały aż do stóp. Piękna linia bioder przechodziła w zarys wysmukłych, długich nóg. Wilgotna skóra lśniła w słońcu, nabierając koloru ciemnego złota. Hagar była piękna i to piękno obezwładniało go. Pierwszy raz Abraham poczuł się jak dziecko, które bardzo czegoś pragnie. Jego siła, prawość i uczciwość topniały teraz jak szron Hermonu pod promieniami słońca.
Kiedy kładł głowę obok Sary i patrzył na jej wysuszone starością ciało, wówczas pamięć bezlitośnie pokazywała mu obraz Hagar wychodzącej z jeziora. Tak, kiedyś i Sara była młoda. Jednym muśnięciem ust umiała wzbudzić jego namiętność. Teraz płomień rozgrzewający zmysły zgasł. Pozostało przywiązanie, wspomnienie przeżytych lat i pokonanych razem trudności. Pozostała czułość zrodzona ze wspólnych doświadczeń, trudów dzielonych przez tyle lat. Abraham i Sara byli jak dwa drzewa, których korzenie połączyły się. Jedno bez drugiego nie mogło czerpać życiodajnych soków. Wiedzieli, że po tylu wspólnych latach jedno bez drugiego istnieć nie może. Nie zmieniało to jednak faktu, że Abraham kochając Sarę zapragnął Hagar i obdarzył ją uwielbieniem, jakie ma się dla tego, co jest w naszych oczach uosobieniem piękna.
Mężczyzna marzył jak młody chłopak o takiej kobiecie jak Hagar. Nie znał jej duszy ani umysłu, ale obserwując jej gesty, słuchając głosu, patrząc na sposób poruszania się, zdawał się odgadywać jej naturę, charakter i to, co było ukryte głęboko w jej sercu. Stała się dla niego ideałem – istotą piękna, subtelności, kruchości, ale i siły. Abraham wiedział, że pomimo wrażliwości i delikatności ta młoda kobieta jest silna i potrafi walczyć. Gdyby tak nie było, nie mogłaby przetrwać w warunkach życia tułaczego, które przez wiele lat Abraham prowadził.
Co więcej Hagar była niewolnicą, a więc ktoś zabrał ją z jej rodzinnego kraju i sprzedał jako tę, z której posiadania właściciel będzie miał pożytek. Dlatego Hagar musiała nauczyć się ciężko pracować, znosić niewygody i złe traktowanie. Jednak pomimo ciężkiej pracy i utraty wolności, nie zabiła w sobie kruchości i kobiecości, które Abrahama tak wzruszały i chwytały za serce. Każdego dnia z upodobaniem przyglądał się tej młodej, pięknej istocie, która przypominała mu o jego młodości i marzeniach, które wtedy miał.
Nadeszły trudne dni, smutne i szare. Sara nie umiała już rozmawiać z Abrahamem, uważała, że wini ją za brak dziecka. Czuła się skrzywdzona i oszukana. Jednocześnie mąż nie chciał przyjąć jej poświęcenia i nie zgadzał się na poczęcie dziecka z Hagar. Tym bardziej że jego stare serce otworzyło się na młodą dziewczynę i nie chciał jej krzywdy, tak samo jak nie chciał bólu i zazdrości swojej starej żony. Kobieta nie mogła go zrozumieć, wiedziała, że musi czekać.
Pragnąc czegoś bardzo, nie zauważamy,
jak zbliżamy się do celu naszych marzeń.
Pewnej nocy Abraham wyszedł z namiotu. Sara spała spokojnie, oddychając równo. On nie mógł spać, natarczywe myśli przepływały mu przez głowę z niewiarygodną szybkością. Jestem chory – pomyślał. Nic mnie nie cieszy, życie przestało być dla mnie darem. Powinienem umrzeć. Nic po sobie nie zostawię, jaki sens miała ta wędrówka?
Nagle usłyszał szmer, z namiotu stojącego obok wyszła Hagar. Nie zauważyła go, ona też nie mogła zasnąć. Stała wpatrzona w gwiazdy.
Sama jest jak gwiazda – pomyślał Abraham i przestraszył się tej myśli. Dziewczyna opuściła głowę i wtedy go zobaczyła. Zadrżała, ale nie potrafiła uciekać, więc stała zaskoczona nocnym spotkaniem. Abraham był mężem jej pani. Tyle razy patrzyła na niego z szacunkiem i lękiem. Był taki silny, a jednocześnie taki łagodny.
Hagar pragnęła ciepła, czułości i pieszczoty. Nie pamiętała swojego domu. Jako dziecko została wzięta do niewoli. Cały czas pracowała i służyła Sarze. Marzyła o własnym domu, rodzinie, dzieciach. O silnym, męskim ramieniu, na którym mogłaby się wesprzeć. O rękach, które wspólnie z jej kształtnymi i sprytnymi dłońmi, umiałyby kształtować każdy wspólnie przeżyty dzień. O barkach, z których mogłaby wziąć połowę życiowego ciężaru a jednocześnie podzielić się swoim bagażem. Śniła o ramionach, które ją przygarną z czułością, o oczach, które będą patrzyły na nią z zachwytem, i w które ona patrzeć będzie z miłością. Śniła o policzku, do którego będzie mogła się przytulić, i ustach, które z namiętnością złożą na jej wargach pocałunek.
Ich spojrzenia spotkały się, w tym samym momencie znaleźli się w podobnym punkcie swojego życia. Różnica wieku nie miała znaczenia. Abraham był dla Hagar uosobieniem męskości, siły, ciepła i bezpieczeństwa. Z ich ust nie padło ani jedno słowo. Mężczyzna wyciągnął rękę, objął Hagar i poszli razem do jej namiotu. Miękkie posłanie zaskrzypiało pod ciężarem ich ciał. I przyszła gorąca, niezapomniana dla nich noc. Usta gorączkowo szukające ust, ręce błądzące po skórze, starające się zapamiętać jej gładkość, elastyczność, ale też zmarszczki i załamania. Delikatne pieszczoty, które przyprawiają ich o zawrót głowy. Zapach, który stanie się kiedyś powodem tęsknoty. Dotyk policzka, miękkość włosów, dreszcz oczekiwania. I wreszcie moment najważniejszy, gdy dwie istoty stają się jedną. Okrzyk bólu młodej kobiety i spazm rozkoszy a później już tylko silne kołatanie dwóch serc i poczucie jedności, którego nie da się wypowiedzieć ani opisać.
Nie jest miłością to, co się kończy,
ale nie jest nią również i to,
w czym nie ma cierpienia.
Abraham wrócił do namiotu Sary, kiedy zaczynało świtać. Kobiety obudziła się przy nim jak zawsze, niczego nie podejrzewając. Jednak trudno było nie zauważyć blasku oczu Abrahama, jego radości i energii.
– Co się stało? Dlaczego tak nagle odmłodniał? – zastanawiała się Sara, ale kiedy zobaczyła go wracającego z pastwiska i spojrzała na Hagar przygotowującą posiłek, wszystko zrozumiała.
Ich spojrzenia, uśmiechy, to uparte szukanie się nawzajem. Przecież ona też była kiedyś młoda i kochała tak mocno jak Hagar tego samego mężczyznę. A może kochała go jeszcze mocniej? Ich szczęście było dla niej zniewagą, ale nie mogła nic powiedzieć. Przecież sama zachęcała męża, żeby począł dziecko z niewolnicą. Nie wiedziała jednak, że on może obdarzyć ją uczuciem, którym miał prawo i obowiązek obdarowywać tylko ją.
– Boże mój, co ja zrobiłam? Mój mąż odejdzie ode mnie i zostanie z nią. A ona da mu liczne potomstwo. Umrę w samotności i zapomnieniu. Dlaczego na to pozwoliłeś? Tyle lat przeżyliśmy razem. Tyle radości i smutków. Żałoby po umarłych bliskich. Tyle dni wspólnej wędrówki, walki o przetrwanie pośród piasków pustyni, szalejących burz piaskowych. Tyle chwil bliskości i rozłąki. Poświęcenia i strachu, dzięki któremu Abraham mógł dalej wypasać swoje stado i pełnić misję powierzoną mu przez Ciebie. To niemożliwe, żeby Bóg zapomniał o jej poświęceniu. I wtedy odzyskała spokój. Zrozumiała, że tylu wspólnych lat nie da się tak szybko przekreślić. A życie jej i Abrahama jest połączone ze sobą na wieki. Hagar była tylko niewolnicą, nie znała Abrahama, nie przeżyła z nim tyle, co Sara. Kobieta wiedziała, że jej przeznaczeniem jest czekanie. Na następny ruch męża, na odpowiedź Jahwe.
Każdego wieczoru Abraham wracał po skończonej pracy, jadł posiłek i udawał się na spoczynek z Sarą. O północy wędrował do namiotu Hagar, aby ukoić zmysły, napełnić serce i umysł jej szczebiotem, ciepłem jej ust i dziewczęcą czułością. Jej czystość i namiętność zaskakiwały go, gorąca egipska krew sprawiała, że jej pieszczoty doprowadzały go na skraj rozkoszy.
Abraham wiedział, że Hagar go kocha, dowodem na to były jej czułość, ciepło i troska. Tę miłość czytał z każdego jej spojrzenia, uśmiechu, ruchu rąk. Świat przestał dla niego istnieć, zapomniał o Sarze, wschodzącym słońcu i ziemi. Każdego ranka wstawał i szedł do pracy jak ślepiec, który odzyska wzrok dopiero o północy.
Sara czekała...
W obliczu własnego cierpienia
nie dostrzegamy cierpienia innych.
Pewnego dnia zobaczyła, że Hagar nie ma już tak szczupłej i smukłej sylwetki. Miała trudności ze schylaniem się, jej twarz wyrażała ból i zmęczenie, które nigdy wcześniej nie były widoczne. Hagar przestała być młodą i giętką dziewczyną. Stała się kobietą, dla której rozpoczynało się macierzyństwo. Kobieta oczekiwała dziecka. Sarę ogarnęła radość. Wreszcie skończy się jej udręka, ból i smutek. Abraham przestanie chodzić na noc do namiotu niewolnicy. Hagar nie będzie już taka powabna. Wreszcie odzyska mężem. Ale zaraz radość przyćmił lęk. Jeżeli Abraham zostawi ją dla tego dziecka?
Hagar podnosiła właśnie stągwie z wodą, zmęczona upałem rozlała wodę.
– Nawet wody nie umiesz już przynieść? Po co ja cię trzymam, twoja praca jest z dnia na dzień gorsza. Niedługo sama będę musiała sobie usługiwać.
Hagar spojrzała na swoją panią, łapiąc z trudem oddech i podtrzymując coraz większy już brzuch. Spojrzała w oczy nadchodzącego Abrahama, który przyspieszył kroku, słysząc podniesiony głos Sary. Przeczuwał, co mogło się stać. Jego serce drżało z lęku na myśl, że pewnego dnia Sara odkryje fakt, iż Hagar oczekuje dziecka i zacznie ją źle traktować z powodu dumy i zazdrości. Każdego dnia modlił się, aby Bóg pozwolił znaleźć mu odpowiedź na to, jak ma postąpić, żeby uniknąć krzywdy którejkolwiek z kobiet. Ze smutkiem wznosił oczy do nieba i czekał na odpowiedź Pana. Ale Jahwe milczał, jakby chciał go ukarać za samowolę i brak cierpliwości.
– Zobacz mężu, niewolnica znieważa mnie z twojego powodu. Niech Pan będzie sędzią między mną a tobą.
Abraham wiedział, że teraz wystarczy jedno zdanie i Hagar stanie się jego na zawsze. Ale to jedno zdanie przekreśli całą jego przeszłość, obietnicę daną mu przez Boga, zadanie, które spełniał każdego dnia, patrząc w słońce i modląc się do Stwórcy. To jedno zdanie odbierze mu nadzieję życia w dalszej przyjaźni z Panem. Abraham czuł, że Bóg związał jego los z Sarą, wybrał mu ją na żonę i towarzyszkę do końca jego dni. Hagar była częścią jego życia, nadzieją i promykiem słońca, który rozświetlał jego starość.
Ale z upływem lat i stopniową utratą sił Abraham zaczął cenić swoją przeszłość, domowe ciepło, ciszę i spokój, którym obdarowywała go Sara. Kochał jej spracowane dłonie, wyblakłe oczy, szczupłą twarz. Kosmyki siwych włosów, które wymykały się spod chusty. Kochał jej milczenie i to, że czasem nie trzeba było słów, żeby jedno wiedziało, co czuje drugie. Sara była całym jego życiem i pomimo piękna, subtelności i delikatności, które miała w sobie Hagar, nie mogła dzielić z nim wspomnień, nie mogła zrozumieć jego życia ani misji. Ona była Egipcjanką. Nie znała Jahwe. Jego Bóg był dla niej kimś obcym.
– Twoja niewolnica jest w twojej mocy, zrób z nią, co uważasz za słuszne – powiedział i poczuł jak w serce wbija mu się ostry cierń. Odszedł, odwracając wzrok od Hagar, która błagała go spojrzeniem o litość