Cudowny dzień!
Historię małej Glorii Marii, pochodzącej z Polski, poznałem w Rzymie z okazji beatyfikacji Jana Pawła II.
Dzisiaj jestem w Częstochowie na ceremonii otwarcia muzeum, gdzie jest wystawionych ponad 5 tys. medali przedstawiających bł. Jana Pawła II, jego historię od pierwszego dnia pontyfikatu aż do okresu sede vacante. To szczególne dzieło sztuki powstało z inicjatywy pana Krzysztofa Witkowskiego. Jest to muzeum jedyne na świecie, podkreślam jedyne ze względu na materię sztuki.
Właśnie tutaj miałem przyjemność i szczęście ponownego spotkania słodkiej Glorii Marii! Były to chwile pełne ludzkiego ciepła. To oblicze, te oczy, które mówią o miłości, o niewinności – jakież to wielkie wzruszenie. To radość dotknięcia własną ręką jej historii. Chwile szczególne, cudowne, w których cieszyłem się z bezpośredniego odczucia wstawiennictwa bł. Jana Pawła II. Podziwiać oblicze, oczy Glorii Marii pełne szczęścia, oddychać tą szczególną atmosferą to było dla mnie bardzo silne przeżycie. Ręka Ojca Świętego dała radość życia. Ale najbardziej wzruszyłem się, gdy na pytanie postawione Glorii Marii, „jak znasz papieża Jana Pawła II?”, usłyszałem niewinną odpowiedź: „rozmawiałam z nim!”. Stało się to, kiedy Jan Paweł II już nie żył! Wszystko to naprawdę głęboko mnie poruszyło.
Łasko Ojca Świętego, wstawiaj się nadal za Glorią Marią, prowadź ją, daj jej wspaniałe jutro, ona jest Aniołem Boga!
W wierze
Arturo Mari
Częstochowa, 13 sierpnia 2011 r.
(tł. ks. Mariusz Frukacz, „Niedziela”)
Wstęp
Podczas Mszy św. rozpoczynającej Misje Święte w parafii św. Judy Tadeusza, które miały nas przygotować do przyjęcia relikwii Krzyża Świętego, nasza rodzina ofiarowała kielich mszalny. Było to wotum wdzięczności za uratowanie naszej córki Glorii Marii za wstawiennictwem bł. Jana Pawła II. Nasz dar został zakupiony w Rzymie podczas naszego pobytu z okazji beatyfikacji Ojca Świętego. Kielich kupiliśmy w sklepie usytuowanym blisko Watykanu, w którym zaopatruje się w przedmioty liturgiczne Stolica Piotrowa, a więc osobiście styczność z nimi miał nasz Papież.
Był piękny, słoneczny poranek i od samego początku Mszy św. słońce wypełniało wnętrze kościoła, przenikając przez barwne witraże umieszczone w oknach. W chwili Przeistoczenia jednak zajaśniało jakby mocniej i prześwietlając postać Chrystusa wymalowaną na jednej z szyb, pozostawiło na białym obrusie przykrywającym ołtarz dwa promienie: biały i czerwony. Był to czytelny znak obecności wśród nas Jezusa Miłosiernego. Wszak ofiarowany kielich, który kapłan trzymał w górze, nie zawierał już wina. Stało się Krwią Chrystusa.
O cokolwiek prosić Mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię.
(Por. J 14, 14)
Rzecz o wierze
Gdybyśmy wszystkie życiowe decyzje – te ważne i te małe, mniej istotne – podejmowali, licząc jedynie na własne siły i próbując wszystko zaplanować, poukładać po ludzku, eliminując ten najważniejszy element, jakim jest zdanie się na Bożą Opatrzność, ominęłoby nas wiele niezwykłych wydarzeń, niezapomnianych sytuacji i cudownych rozwiązań. Ich miejsce zajęłyby problemy, trudności, w konfrontacji z którymi stalibyśmy bezradni, rozżaleni i rozgoryczeni, przepełnieni lękiem i obawą o to, jak będzie wyglądał każdy kolejny dzień, wzajemnie oskarżając się o niepowodzenia.
W 2004 r. stanęłam przed takim dylematem: Czy powinnam odpowiedzieć na Bożą propozycję, czy też odrzucić to ciche pukanie do mojego serca, argumentując tę decyzję czynnikami ludzkimi, racjonalnymi i pozornie logicznymi?
W tamtym czasie uczestniczyłam w spotkaniu poświęconym ochronie życia poczętego, zorganizowanym w naszym kościele parafialnym. Spośród wielu ważnych informacji, jakie tego wieczoru zapadły w mojej pamięci, jedna zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Były to słowa Jana Pawła II o potrzebie otwierania się na nowe życie, zakładania rodzin wielodzietnych, o korzyściach duchowych i społecznych, jakie z tego faktu wypływają dla licznego rodzeństwa oraz rodziców, mimo iż może wiązać się to ze zubożeniem materialnym i innymi tego typu trudnościami. Cytat ten (tu nie przytaczam dosłownie) bardzo głęboko zapisał się w mojej pamięci i przy wielu okazjach powracał jak echo. Oczywiście na przeszkodzie – aby odpowiedzieć na to papieskie wezwanie – stał ten współczesny, racjonalny argument powodujący, że myślenie o kolejnym dziecku w naszej sytuacji wydawało się niezbyt rozsądne, a nawet absurdalne.
Byliśmy wówczas rodzicami Dominiki i Wiktorii. Niestety, nasze życie rodzinne pozostawiało wiele do życzenia w związku z pracą mojego męża. Jacek był policjantem i w tym okresie pracował w CBŚ w Warszawie, gdzie również mieszkał. Często też wyjeżdżał służbowo za granicę. Jeśli była taka możliwość, przyjeżdżał do domu w sobotę, ale w niedzielę musiał wracać. Była to mocno niekomfortowa sytuacja, bo dzielący nas dystans odbijał się negatywnie zarówno na relacjach małżeńskich, jak i ojcowskich.
Nasz budżet domowy również był w nie najlepszym stanie. Jedna policyjna pensja ledwie starczała na opłaty, Jacka podróże do domu i skromne życie, nasze w Częstochowie, a jego w Warszawie. Mieszkaliśmy na 34 m2, w mieszkaniu, które zakupiliśmy nadludzkim wysiłkiem, ale i tak byliśmy szczęśliwi, bo było to nasze własne lokum po siedmiu latach spędzonych w dwupokojowym mieszkaniu z moimi rodzicami, gdzie z dziećmi zajmowaliśmy pokój o powierzchni 12 m2. W takiej życiowej sytuacji usłyszałam cytowane słowa Papieża. Argumenty przeciw były oczywiste, ale siła słów Jana Pawła II była większa.
1 stycznia 2005 r. pod moim sercem pojawiło się nowe życie!
Nic nie zapowiadało, że latem A.D. 2005 przeżyjemy, wraz z całą naszą rodziną, coś, co radykalnie odmieni życie – nasze, najbliższych i wielu innych ludzi. Szczególnie w sferze wiary, poglądów i wartości. Aby jednak to wszystko zrozumieć, musimy cofnąć się o kilkanaście lat.
Swoją żonę Asię poznałem jesienią 1993 r. w Częstochowie, była osiemnastoletnią licealistką „Traugutta”, czyli II LO (które ukończyłem w 1986 r.), ja byłem dwudziestosześcioletnim absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, czekającym na przyjęcie do służby w Urzędzie Ochrony Państwa (UOP) w Warszawie. Spotkaliśmy się banalnie, przed pubem, gdzie rozmawialiśmy ze wspólnym znajomym. Następnie odprowadzaliśmy się wzajemnie cały wieczór. Musieliśmy sobie przypaść do gustu, gdyż zaręczyliśmy się (trzy miesiące później) w Boże Narodzenie.
Żona powiedziała mi wiele lat później, że po dziesięciu minutach od chwili spotkania wiedziała już, że będziemy mieli razem dzieci i wspólnie tworzyli rodzinę! Od tego momentu praktycznie każdą chwilę spędzaliśmy razem. Zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądała nasza przyszłość. Marzyliśmy o gromadce dzieci i gwarnym, tętniącym życiem domu.
W marcu 1994 r. wyjechałem na dziewięć miesięcy do Brzegu na Opolszczyźnie do Szkoły Policji (w UOP-ie mnie nie chcieli ze względu na przeszłość; byłem trzy lata wiceprzewodniczącym NZS UJ, trzykrotnie zawieszanym w prawach studenta za współorganizowanie akcji protestacyjnych). Wtenczas to nastąpiło nasze pierwsze dłuższe rozstanie, tak symptomatyczne dla naszego przyszłego związku.
Asia pisała do mnie codziennie listy, był to rodzaj SMS-ów, z tym, że zazwyczaj bardzo długich i często pisanych wierszem. Mam je wszystkie jako swoisty dowód miłości. W tym czasie zdała egzaminy wstępne na studia, na filologię romańską na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu. Pojawiła się więc potrzeba uregulowania kwestii cywilnoprawnych dotyczących naszego związku, jako narzeczony bowiem nie mógłbym nawet oficjalnie jej odwiedzać – poza wyznaczonymi godzinami – w akademiku. Ponadto dochodził problem późniejszych zmian danych osobowych w dokumentach, zarówno jej, jak i moich. W związku z tym postanowiliśmy wziąć ślub cywilny, a następnie, gdy wrócę ze „szkółki” i nasz związek okrzepnie – kościelny. Było to może rozwiązanie dość dziwne i budzące pewne wątpliwości religijno-moralne, ale pragmatyczne. Tak też się stało. 15 września 1994 r. zapisaliśmy się w USC w Częstochowie, a 2 lipca 1995 r. zawarliśmy ślub przed ołtarzem kościoła parafii bł. Urszuli Ledóchowskiej na Rakowie-
-Wrzosowiaku w Częstochowie. Udzielał nam go ks. Leszek – kolega z Krakowa. Nigdy nie słyszałem piękniejszego kazania na temat związku kobiety z mężczyzną. Zamiast podniosłego nastroju, wszyscy w kościele ciszej lub głośniej popłakiwali ze wzruszenia. Mnie też kręciła się łezka w oku. To zrekompensowało nam fakt, że uroczystość odbywała się tak naprawdę w blaszaku przerobionym na świątynię. Po tym fakcie żona przeniosła się do Krakowa na UJ, a ja podjąłem służbę w Komisariacie I Policji w naszym mieście. Spotykaliśmy się w weekendy, marząc o normalnym życiu rodzinnym. W październiku okazało się, że Asia spodziewa się dziecka. Cała ciąża przebiegła bez najmniejszych problemów, mimo cotygodniowych podróży kolejowych i dźwigania tobołów. Pod koniec zimy byliśmy nawet na nartach w Korbielowie.
Dominika Joanna urodziła się 17 lipca 1996 r. w szpitalu przy ul. Mickiewicza w Częstochowie. Ważyła 3600 g i dostała 9 punktów w skali Apgar. Poród przebiegł z minimalnymi problemami i mimo znacznej wady wzroku żony (– 6,5 dioptrii) odbył się siłami natury. Mieszkaliśmy wówczas z teściami w ich dwupokojowym mieszkaniu, mogliśmy więc liczyć na pomoc w wychowaniu dziecka (oczywiście w pewnych granicach). To w jakimś stopniu rekompensowało nam ciasnotę. Mała rozwijała się prawidłowo, nie przysparzając większych problemów, wobec powyższego doszliśmy do wniosku, że dobrze by było mieć jeszcze jedno dziecko.
11 kwietnia 1998 r. urodziła się Wiktoria Weronika, waga 3450 g, 9 punktów Apgar. Zarówno ciąża, jak i sam poród przebiegły bez najmniejszego problemu. Zaczęła nam jednak dokuczać ciasnota w mieszkaniu oraz brak intymności. Na skutki nie trzeba było długo czekać: w czerwcu Wiktoria zachorowała na ciężkie zapalnie płuc i wraz z żoną znalazła się na oddziale dziecięcym szpitala przy ul Bony. W dwa dni później dołączyła do nich Dominika. Dziewczynki dzielnie walczyły o życie. Starsza dwa tygodnie, a młodsza prawie miesiąc. Myślę, że to wtedy dojrzeliśmy jako rodzice i opiekunowie, szczególnie jeżeli chodzi o Asię. Doświadczenie to okazało się zbawienne w przyszłości. Niezbadane są bowiem drogi Pańskie.
Stało się jasne, że potrzebne jest nam osobne mieszkanie. Łatwo powiedzieć, trudno zrobić, gdy żyje się z jednej skromnej pensji policjanta. Pamiętam, że było nam bardzo ciężko, ubieraliśmy się w lumpeksach, jadaliśmy najtańsze produkty spożywcze, na wszystkim oszczędzając.
Mimo wszystko udałem się na targi nieruchomości, gdzie okazało się, że jest do kupienia na raty małe mieszkanie w nowo budowanym, nowoczesnym i ładnym budynku, powstającym niedaleko teściów. Nadludzkim wysiłkiem wpłaciliśmy pierwszą ratę i po roku mieszkanie było nasze. Mimo że malutkie, stało się urocze, dzięki staraniom żony, która wszystko własnoręcznie w nim zaprojektowała. Część wyposażenia wygrała nawet w kilku konkursach dla projektantów amatorów, zorganizowanych przez jeden z miesięczników branży budowlanej.
Moje kobietki rosły na potęgę, szczególnie Dominika, i nim się obejrzeliśmy, zaczęła uczęszczać do Przedszkola Sióstr Urszulanek przy ul. Pułaskiego, gdzie następnie dołączyła Wiktoria.
Aby spłacić mieszkanie, musieliśmy sprzedać samochód, starego fiata 127. Niestety, przez to woziłem dzieciaki tramwajem i autobusami. Zajmowało nam to ponad godzinę w jedną stronę. Do tego dochodziła choroba lokomocyjna Dominiki. Ja w tym czasie pracowałem w Komendzie Rejonowej Policji, a później, w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Częstochowie (aż do jej rozwiązania), aby ostatecznie przejść do Komendy Miejskiej. Po ukończeniu Szkoły Policji w Brzegu i Pile awansowałem do stopnia aspiranta i zostałem skierowany do Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie na kurs oficerski.
Asia zrezygnowała ze studiów i zajęła się wychowaniem dzieciaków. Stwierdziliśmy, że to będzie lepsze zarówno dla nich, jak i dla nas. Była to jej samodzielna decyzja, głęboko przemyślana i prorocza. Żona stwierdziła, że są rzeczy ważniejsze od kariery i obecnej mody na sposób i charakter życia. Na szczęście opieka nad dzieciakami nie pochłaniała już całego naszego czasu. Były już na tyle duże, że mogliśmy je czasami zostawiać pod opieką teściów lub moich rodziców, oraz – co szczególnie mnie cieszyło – zaczęliśmy jeździć na wczasy i częste, dalekie wycieczki, szczególnie na moje ulubione Podhale. Było nam ciężko finansowo, ale oszczędności czynione przez żonę pozwalały na w miarę godne życie. Jednak cały czas gdzieś tam głęboko w sercu pobrzmiewały nam słowa papieskiego przesłania dotyczącego otwierania się na cywilizację życia, przez tworzenie tradycyjnych rodzin wielodzietnych.
Bardzo szybko zorientowałam się, że będziemy rodzicami po raz trzeci i obydwoje przyjęliśmy tę wiadomość z wielką radością. Mnie jednak oprócz ogromnego szczęścia od pierwszych chwil towarzyszyło uczucie niepokoju, wręcz lęku o rozwój naszego dziecka i przebieg ciąży. Te obawy były w żaden sposób nieuzasadnione, bo w dwóch pierwszych przypadkach, oczekując na narodziny Dominiki i Wiktorii, przez dziewięć miesięcy wszystko przebiegało wręcz książkowo, bez najmniejszych komplikacji, włącznie z porodami. I tym razem również pani doktor uspokajała mnie, mówiąc, że dziecko rozwija się prawidłowo i nie powinnam się niepokoić. Jednak zapewnienia lekarki w żaden sposób mnie nie uspokajały, a jedynym sposobem na pozbycie się obaw była modlitwa. Na Jasnej Górze klęcząc przed cudownym obrazem Matki Bożej czułam się bezpiecznie. Okrążając na kolanach ołtarz, z każdym krokiem nabierałam pewności, że pod Jej matczyną opieką nic złego nas nie spotka. Lęki, niepokoje odeszły, została ufność w potęgę Jej macierzyńskiej miłości. Tam też wybrałam imię dla naszego dziecka.
2 kwietnia 2005
Od kilku dni informacje dotyczące stanu zdrowia Jana Pawła II były na tyle niepokojące, że w całym kraju trwały modlitwy za naszego Papieża. W kościołach otwartych w dzień i w nocy wierni prosili o łaskę zdrowia dla schorowanego i cierpiącego Następcy św. Piotra. Ja również uczestniczyłam w nabożeństwach odprawianych
w parafialnym kościele św. Józefa, a 2 kwietnia wraz z całą rodziną i rzeszą wiernych byliśmy o godz. 21.00 na Apelu Jasnogórskim. Po skończonym nabożeństwie, wracając do domu, wjechaliśmy na stację benzynową. Kiedy Jacek udał się do kasy zapłacić za zatankowane paliwo, usłyszałam z samochodowego radia, że Jan Paweł II o godz. 21.37 odszedł do domu Ojca.
Poczułam ogromny smutek, łzy same popłynęły mi z oczu. Byłam też zaskoczona tym, że w takich okolicznościach usłyszałam o śmierci Papieża. Nie w kościele, nie w czasie nabożeństwa, ale na stacji benzynowej. Zrozumiałam wówczas, że Jan Paweł II ma być obecny w moim życiu właśnie w codziennych wydarzeniach i trudach. Jego naukę mam ożywiać swoim działaniem, decyzjami, nie ograniczać wiary do kościelnych murów. Po powrocie do domu wybuchnęłam płaczem. Moje serce przepełniał ból i smutek jak po stracie kogoś bliskiego. Poczułam się strasznie samotna. Przecież to na echo jego słów pod moim sercem pojawiło się nowe życie i to właśnie jemu tak bardzo chciałam za to życie podziękować. Choćby z daleka na placu św. Piotra podnieść do góry nasze dziecko i powiedzieć „dziękuję”. „Dziękuję za Twoje słowa, Twoją naukę, która dodała mi odwagi, aby w naszej rodzinie pojawiło się nowe życie”. Uświadomiłam sobie, że to marzenie się już nie spełni, ale jednocześnie nabrałam głębokiego przekonania, że teraz będąc blisko Pana Boga, Papież może więcej wyprosić dla naszego dziecka ukrytego jeszcze pod moim sercem. Mimo iż medycznie do tej pory nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości w przebiegu tej ciąży, czułam, że jego wstawiennictwo będzie nam bardzo potrzebne.
W piątym miesiącu ciąży moje podejrzenia zaczęły się, niestety, potwierdzać. Zostałam skierowana do szpitala, gdyż niespodziewanie wystąpiło krwawienie. Po kilku dniach spędzonych na oddziale dolegliwość ustąpiła. Niestety, lekarze nie potrafili zdiagnozować przyczyny, a informacje o ogólnym stanie moim i dziecka były jedynie lakoniczne. Wydawało się, że problem jest zażegnany, była to jednak cisza przed burzą i początek zdarzeń, o których nawet nam się nie śniło.
17 czerwca 2005 (piątek)
26. tydzień ciąży
Od kilku dni odczuwam słabe ruchy dziecka. Towarzyszy temu dziwny niepokój, który narasta z każdym dniem. Mój lekarz prowadzący jest na urlopie, udaję się więc do innego ginekologa. Po wykonaniu badania USG lekarz stwierdza zmniejszoną ilość wód płodowych oraz podejrzewa u dziecka arytmię.
Dostaję skierowanie do szpitala.
Asia leżała miesiąc wcześniej w szpitalu w Częstochowie, została tam skierowana, ponieważ wystąpiło niespodziewane krwawienie. Niestety, warunki i zachowanie personelu pozostawiały wiele do życzenia, dlatego nie chciała być leczona ponownie w miejscowym szpitalu.
Udajemy się więc do znajomego ginekologa, mojego kolegi z liceum. Po badaniach stwierdza, że faktycznie coś jest nie tak i – w związku z trudnościami w diagnozie – proponuje konsultacje u znajomego profesora w Łodzi, wybitnego specjalisty. Umawiamy się więc z nim telefonicznie na poniedziałkowy wieczór.
W poniedziałek rano jednak, trapiony dziwnym przeczuciem, telefonuję do Polikliniki MSWiA w Katowicach i pytam pierwszego z brzegu lekarza, kto według niego jest najlepszym specjalistą patologii ciąży na Śląsku. Sugeruje, że doc. Sikora – ordynator Patologii Ciąży Szpitala Klinicznego ŚIAM.
Wykonuję więc kolejny telefon. Chwilę później rozmawiam z prof. Sikorą i jesteśmy umówieni za cztery godziny w klinice. Bez skierowania, bez problemu!!!
20 czerwca 2005 (poniedziałek)
Udaję się na konsultację do Centralnego Szpitala Klinicznego Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach. Badanie USG wykonuje mi doc. Sikora. Oprócz małej ilości wód płodowych stwierdza też, że u dziecka wystąpiła hypotrofia, tzn. nierównomierny rozwój poszczególnych części ciała i narządów. Dziecko przestało rosnąć, jego rozwój zatrzymał się na 22., a częściowo na 20. tygodniu życia. Przyczyna takiego stanu na razie jest niejasna. Lekarz podejrzewa niewydolność łożyska. Dziecko waży ok. 467 g. Dojrzałość łożyska według Grannuma w tym momencie wynosi zero. Doc. Sikora uprzedza nas, abyśmy nie robili sobie zbyt dużych nadziei na uratowanie dziecka. Ale zapewnia, że będzie próbował znaleźć przyczynę i wyeliminować ją. Jeśli się to jednak nie uda, dziecko umrze w moim łonie.
Wracamy do domu. Za kilka dni mam zgłosić się do w/w szpitala celem wykonania dokładnych badań. Od tego momentu modlę się za wstawiennictwem Ojca Świętego Jana Pawła II, prosząc go o pomoc w uratowaniu naszego dziecka. Każdego dnia kładę na brzuchu obrazek z jego wizerunkiem (który kilka dni wcześniej w czasie robienia porządków wypadł z dokumentów męża), na odwrocie którego widnieje tekst modlitwy Anioł Pański oraz odręczny napis:
Ojciec Święty wziął do rąk
i pobłogosławił z myślą o chorych
w Krakowie na Wawelu
dnia 22.VI.1983 r.
Doc. Sikora nie kazał mi leżeć, każdego dnia więc udawałam się do pobliskiego kościoła św. Józefa, gdzie w przepięknej kaplicy Adoracji Najświętszego Sakramentu prosiłam Boga o siłę, aby przyjąć i zaakceptować Jego wolę, jaka by ona nie była. Jeśli nasze dziecko ma odejść z tego świata, niech obdarzy mnie Pan taką łaską wiary, abym potrafiła pogodzić się z Jego decyzją.
W klinice miałam się pojawić z powrotem po dwóch-trzech dniach, ale sprawy organizacyjne w domu, służbowy wyjazd Jacka na Białoruś, zakończenie roku szkolnego dziewczynek powodowały, że wyjazd ciągle się przesuwał w czasie. Pewna osoba uświadomiła mi później, że dzięki temu odprawiłam nowennę o uratowanie życia naszej córeczki za wstawiennictwem sługi Bożego Jana Pawła II.
Przygotowujemy się do pobytu Asi w klinice. Największy techniczny problem to opieka nad dzieciakami, ale tu, jak zwykle, niezawodni są teściowie i moi rodzice. Muszę też załatwić wolne w pracy, ale to nie stanowi większego problemu – naczelnik Wojtek L. daje mi praktycznie wolną rękę. Gorzej, że w tym czasie zaplanowaliśmy z moim przyjacielem, z którym pracuję, Antkiem, wyjazd służbowy na Białoruś do Mińska.
Co do obrazka z Janem Pawłem II, o którym wspomina żona, to dostałem go od znajomego zakonnika śp. o. Bernarda Kulińskiego – ze Zgromadzenia Sercanów.
Zaraz po maturze przygotowywałem się do wstąpienia w stan duchowny, często więc jeździłem tam – to znaczy do miejscowości Pliszczyn k. Lublina, gdzie mieścił się dom rekolekcyjny, w celu przygotowania się do nowicjatu. Tam pewnego dnia otrzymałem ten obrazek, był on pierwotnie przeznaczony dla nieuleczalnie chorej kobiety, ale trafił do mnie. Jest na nim odręczny podpis Jana Pawła II o treści: „Z serca błogosławię!”.