Przedsłowie
Podzielenie tego tomiku, na dwie części, było dla mnie czymś obligatoryjnym od momentu pojawienia się pierwszej myśli, która z początku bardzo nieśmiało, a potem już niesłychanie odważnie napędzała moje osobiste pragnienie, by wydać, po tak długiej przerwie, czekające, by pokazać się światu, te już stworzone, i te rodzące się wiersze. Jedynym i niezaprzeczalnym kryterium owego podziału jest czas i waga pewnego wydarzenia... Wiersze, które zrodziły się w latach 1999-2007 i są głównie przejawem niełatwych intelektualnych poszukiwań, są zamieszczone - przeważnie chronologicznie - w części pierwszej. Z kolei wiersze, które przyszły na świat Po... stanowią część drugą i wiele z nich jest żywym, spisywanym „ na gorąco” prostym, i mam nadzieję czytelnym zapisem jakiejś części przeżyć i poetyckiej refleksji, które zostały mi ofiarowane później i dzieją się nadal głównie w moim sercu...
Są takie chwile w życiu, które po prostu się dzieją... Stają się rzeczywistym, brutalnym, radykalnym, nagim faktem. Można z nim zrobić wszystko. Próbować o nim zapomnieć, manipulować nim, interpretować go, doszukiwać się w nim sensu jawnego czy ukrytego, zaakceptować, odrzucić... ale nie można tylko jednego: nie można jego zaistnieniu zaprzeczyć!
Owe wydarzenie... tragiczna, w wyniku wypadku samochodowego, natychmiastowa utrata życia mojej ukochanej Mamy... i moje cudowne... tak... cudowne ocalenie... To przestrzeń, o której nie powinienem już raczej jedynie racjonalnie rozmawiać i traktować ją niezależnie od kwestii wiary w kategoriach olbrzymiego nieszczęścia i nieprawdopodobnego szczęścia zarazem. Stałem się bowiem w jednej sekundzie świadkiem nagłej śmierci mojej ukochanej Rodzicielki i świadkiem ocalonego życia, mego własnego życia, w pewnym sensie kolejnych jego narodzin... Jednak słowo ocalenie osobiście, rozumiem dwojako, i nie ukrywam, że kiedy piszę nawet teraz te słowa, zdaję sobie sprawę, iż nadal jestem bardzo zaangażowany emocjonalnie w jego sens. Słowo to rozumiem, niemalże odczuwam, jako fizyczne uratowanie mojego życia, ale również jako dar bożej łaski duchowego ratunku, który w głębi serca traktuję jako rodzaj nawrócenia nie w sensie dosłownym, bo zawsze wierzyłem w istnienie Boga, ale nawrócenia od uwikłań duchowych i intelektualnych. Bowiem,
z jednej strony rodzaj bałwochwalstwa, a z drugiej bunt przeciw wszelkiemu cierpieniu, spowodowały w konsekwencji wyrugowanie z pola mojej pasji poszukiwań, koncepcji Dobrego Stworzenia. Myślę, że z łatwością można to zauważyć w pierwszych kilkunastu wierszach otwierających ten tomik... Czy to oznacza, że niektórego zapisu moich refleksji teraz się wstydzę? Nie łatwo jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Poezja jednak zawsze była dla mnie przestrzenią najodważniejszej szczerości... dlatego bez autentycznie uczciwej relacji z tego okresu nie można zrozumieć przejścia - a raczej skoku - do kolejnego, ale jakże odmiennego etapu twórczości. Moje duchowe problemy oraz skrajnie pojmowana istota egzystencjalizmu, nałożona w mym myśleniu na strukturę bytu, nawet w swym najbardziej moralnym wymiarze miłości i solidarności międzyludzkiej, ale pozbawiona jakiejkolwiek opatrznościowej mocy Transcendencji, doprowadziły moją filozoficzną świadomość do zamknięcia się w mrocznej problematyce zła i cierpienia bez możliwości znalezienia sposobu wyjścia w świat ontologicznego optymizmu... Ale moja dusza nigdy się nie poddała! Świadczą o tym również i wiersze, które powstawały już na kilkanaście miesięcy przed tym zdarzeniem. Mnie osobiście, najmocniej w tym okresie, zastanawiają narodziny jednego wiersza pt. ”Wróciłem z dalekiej podróży...” Manifestem młodości skierowanym do Boga i rodzącym się ponownie motywem wiary w dobro świata jest wiersz „Złote łąki”. Natomiast inne wiersze takie jak „Powołanie” lub „Miłosierdzie”, ale szczególnie „Nigdy nie cofnę się w pół drogi...” oraz zamykający część pierwszą wiersz „Modlitwa niczym jasny promień...” są już niejako zwiastunem, jeśli mogę tak powiedzieć, totalnego przebudzenia, które, głęboko zdaję sobie teraz z tego sprawę, choć upragnione przeze mnie i wymodlone przez Moją Mamę... nie było moją zasługą.
Łaska i spotkanie Boga Żywego w sposób nagły przywróciło mi w jednej chwili wiarę, którą nosiłem w sercu od samego dzieciństwa, potężną pewność Dobra... i dusza moja jakby od nowa, ale już w dojrzały sposób skierowała się w jasną stronę świata... zaufanie Opatrzności stało się kluczem, który pootwierał skrywane drzwi pokory przed tym, co jest niepojęte metodą refleksji a w sposób nieuchwytny dla rozumu staję się odnalezione gdzieś w najpiękniejszych rejonach duszy... Jeśli pragnienie Boga jest tak silne, iż przekracza ludzki strach, by zachować własne życie, przy jednoczesnej, pełnej afirmacji dla każdej sekundy swojego istnienia, to pojawia się taki rodzaj zaufania, którego nie da się z niczym porównać... i wtedy człowiek całkowicie powierza się Bogu. W procesie mego zjednoczonego, starego, z lat dziecinnych i nowego obecnego otwarcia na świat i ludzi, najważniejszym stało się intymne doznanie daru życia w jego najściślejszym rozumieniu i pragnienie powierzenia się Bożej miłości we wszystkich jej dostępnych przejawach... Proces ten, kształtujący niejako od nowa moje: serce, duszę i umysł, mam nadzieję nigdy się nie zakończy i będzie trwał do końca moich dni... Oby tylko starać się rozpoznawać zawsze wolę Ducha Świętego, który wraz z moją najukochańszą Mamą, w jakiś niepojęty sposób, prowadzi mnie po tej wymodlonej, dobrej, lecz jakże wąskiej drodze, niepowtarzalnego daru życia...
Jerzy Struk
Poznań, maj 2009
Zło polegało na tym, że nie w Bogu, lecz w Jego stworzeniach, w sobie i w innych, szukałem radości, wzniosłości i prawdy. Tak zapadałem w cierpienia, w pomyłki, w błędy.
Św. Augustyn
Dlaczego coraz częściej tracę...
Dlaczego coraz częściej tracę
Wiarę w harmonię tą zastaną?
Dlaczego tak wysoką płacę
Cenę, za nieśmiertelność daną?
Czemu głód wiedzy tak ogromny
Przenika każdy atom ciała,
Prawie do bólu nieprzytomny
Chcę pojąć, co natura dała.
Widzę odległe, przyszłe chwile
Z miejsc, które mijam, teraźniejszych,
Przemierzam umysłowe mile,
By dotrzeć do tych całkiem pierwszych!
Kocham najbardziej tego z ludzi,
Którego nigdy nie zobaczę...
Gdy się idea nowa budzi
Rodzą się z nią wyzyskiwacze.
Jak nigdy razi mnie kunszt chamstwa,
Profesjonalizm wrednych głupców,
Sojusz pasożytniczy kłamstwa
Skorumpowanych, tanich mówców.
Gdy ziarno piachu wszechświat zbawia
W schizofrenicznych gdzieś obłokach,
Ludzkość takiemu snu odmawia
Istnienia w szczęśliwości mrokach.
Wektor przeznaczeń wam zamienię!
Tych, co u dołu, pchnę ku górze!
Ochronię was swoim ramieniem!
Będę waszym aniołem stróżem.
Dlaczego, gdy w nastrój proroczy
Spotkam żebraków przy kościele,
Oblany potem spuszczam oczy?
Kosztuje mnie to wciąż zbyt wiele...
Niech dzieci zawsze na stojąco
Deklamują wiersze liryczne!
Nim muzę uwiodą płaczącą
Trafią na krzesła elektryczne.
Złote łąki
O mój Boże! Jak wielką mam ochotę
Na pełne słońca wschody i zachody!
Słyszę młodość! Bo jestem jeszcze młody!
Pod powiekami skrywam łąki złote!
Kwiat szczęścia trzymam w zaciśniętej dłoni!
Światu wypełnić nie pozwolę bólem
Tęskniących sumień... i powstrzymam kule,
By nie sięgnęły nigdy ludzkich skroni.
Na wstęgę światła dającą natchnienie
Mego istnienia sekundy nawlekam,
Dzięki niej zawsze odważnie przeczekam
Potężny smutek lub choćby zmartwienie.
Sił mi dodaje wiara w nieba mapę...
Czuję, iż stamtąd spłynie ukojenie!
Wierzę jedyny w ostatnie zdziwienie,
Jak świętość zdejmie świętości atrapę.
To tajemnica być ludzką istotą...
Drogi przechodniu! Wierny Czytelniku!
Napisz w swej duszy, jakby w pamiętniku,
Błogosławione – takie słowa oto:
Pragnę w Twym sercu rozpalić ognisko!
Miłość swą Tobie w ten sposób przynoszę!
Lecz Ty ją również innym przekaż, proszę...
Jedynie tyle... aż tyle... TO WSZYSTKO!
maj 2003 r.
Najbardziej święte Słowo
Boże! Jak dobrze poczuć znów Twą miłość!
Która przepełnia świat Twoim natchnieniem.
Wszystko we wszystkim pragnie tylko Ciebie,
Aby zbawienie stało się spełnieniem.
By w bliźnim zawsze dostrzec twarz Twej łaski
Trzeba przełamać się z nim Ciałem chleba
I błogosławić chwile jego szczęścia
A z życia swego uczynić ślad nieba.
Jesteśmy tutaj niczym płatki śniegu
Robimy wszystko, by się nie rozpuścić...
Ale Twa miłość, Boże, jest i zimą
Wiosną sumienia, co nas nie opuści.
Bo taka miłość ma cel tylko jeden,
Być drogą raju, co się Rajem skończy.
A tam już wszystkich, na Twej, Boże, łące
Najbardziej świętym Słowem nas połączysz.