ROK Z ANIOŁAMI
I. Styczniowy Anioł... stróż
Biało i cicho, cicho i biało,
gdzieś znad latarni księżyc zmarznięty
zagląda w moje okno nieśmiało –
chciałby się ogrzać, rozmrozić pięty...
Biegnę, zapraszam: „Herbaty? Kawy?...”
– i już miał księżyc spaść w odwiedziny,
gdy nagle stanął jak płótno blady,
strojąc niezwykle zabawne miny...
Wyjrzałam... Rety!... Przed moim domem
Anioł wywija miotłą zawzięcie!
Skrzydła na fartuch związał z fasonem...
Też sobie Anioł znalazł zajęcie!
Sam, śnieżnobiały jak beza z tortu,
pięknie przemyka między zaspami.
Ooo!... nawet szpagat zrobił dla sportu!
Aż lód zaskrzypiał pod obcasami...
Dziwi się księżyc: „– Czy Anioł musi
zamiatać chodnik, sprzątać podwórza?...”
„– Nie wiem!” – ja na to. „– Może go kusi
etat ziemskiego dozorcy-stróża?...”
II. Anioły w lutym
Na ćwiczenia Pierwszej Pomocy
przyleciały Anioły z rana.
Rozłożyły służbowy kocyk
i uprzejmie proszą bałwana:
„– Niech pan tutaj siądzie na moment!
Boli głowa? Ręka złamana?
No a nogi?... Nie odmrożone?
Uszy zimne jak lód, proszę pana!...”
Przeszkoliły się wszystkie w sześć minut
na bałwanie potulnym jak cielę
(no bo taki ODGÓRNIE był wymóg,
kosztowało to w sumie niewiele)
I, gotowe do pracy na mieście,
z apteczkami, gdzie najbardziej ślisko,
rozsypane jak rodzynki w cieście
mkną: na dworzec, na plac, lodowisko,
przed sklep, urząd, przed biuro, przed szkołę
– trzeba siły anielskie pomnożyć!...
Bo roboty po aureolę...
Nie wiadomo, gdzie skrzydła włożyć!...