I. Moc Słowa Bożego


Słowo Boże – to słowa Wszechmocnego! Jest w Nim obecna siła Świętego Ducha. Kto żyje tym Słowem, doświadcza mocy Bożej, która zmienia sytuację, ludzi, życie.


Trudny dyrygent

Na początku czerwca tego roku, jeszcze zanim obroniłam pracę magisterską na Uczelni Muzycznej, zaczęłam rozglądać się za pracą. W pokoju serca, ufając Bogu, otwierałam się na Jego „podszepty” i natchnienia. Zawsze marzyłam o tym, aby po szkole śpiewać zawodowo w chórze kameralnym – i rzeczywiście tak się stało: nieoczekiwanie zwolniło się miejsce w chórze, o którym właśnie myślałam. Poszłam na przesłuchanie, zdałam egzaminy i zostałam przyjęta na okres próbny. Bardzo się cieszyłam – nie mogłam prawie uwierzyć, że tak się stało. Zaraz rozpoczęły się próby, które trwały codziennie po cztery godziny. Kiedy przyszłam po raz pierwszy, zorientowałam się, że utwory są bardzo trudne, wymagania jeszcze większe, a dyrygent jest człowiekiem, który wszystkim narzuca swoje zdanie i uważa, że zawsze ma rację. Poza tym potrafi publicznie zwracać uwagę nawet na najmniejsze uchybienie, porównując zachowanie człowieka do zachowań zwierząt, co oczywiście ogół przyjmuje śmiechem, ale jest bardzo przykre dla tego, kto został ofiarą. Chciałam jak najlepiej wejść w zespół i dawać z siebie wszystko, dlatego cokolwiek robiłam, ofiarowałam to Jezusowi. Pewnego dnia, w pierwszym tygodniu mojej pracy, rozczytywaliśmy bardzo trudny utwór – na szesnaście głosów, zapisany w starych kluczach – i większość osób nie mogła dać sobie z nim rady. Postanowiłam dobrze się przygotować do następnej próby i w domu mozolnie rozczytywałam utwór – nuta po nucie. W końcu byłam pewna, że rzeczywiście mogę go zaśpiewać, nawet sama. Duża była moja radość, kiedy następnego dnia na próbie okazało się, że właśnie ten utwór będziemy ćwiczyć. Śpiewałam pewnie i nawet dobrze mi szło, kiedy nagle dyrygent przerwał – coś mu nie pasowało. Ja, jako „nowa”, byłam pod jego baczną obserwacją i na mnie skupiał całą uwagę. Zaczął więc przy wszystkich krzyczeć, że źle śpiewam i jeszcze tak pewnie to robię, że trzymam zły dźwięk i nie puszczam, a przecież nie o to chodzi, że w tym zespole takich dźwięków i akordów się nie śpiewa. Na początku „zamurowało” mnie. Żal ścisnął moje serce, myślałam: to niesprawiedliwość – przecież śpiewałam dobrze. Nawet moja koleżanka, która stała obok, szepnęła do mnie cicho, że inne chórzystki śpiewały tak samo. Było mi ciężko i myślałam, że nie pohamuję łez. Normalnie rozpłakałabym się na miejscu, ale wtedy przypomniało mi się Słowo Życia, które w tym tygodniu wybrałam: „Ucisk wyrabia wytrwałość” (Rz 5, 3). Widziałam je bardzo wyraźnie i poczułam mocno obecność Pana Jezusa w tym momencie. Było mi już wszystko jedno: czy dyrygent jeszcze coś powie, czy nawet wyrzuci mnie za drzwi, czy cokolwiek innego zrobi. Wiedziałam, że wszystko przyjmę, bo sam Jezus jest w tym momencie obecny przez Słowo Życia. Dyrygent wykrzyczał się i zaczęliśmy dalej śpiewać. Słowo Życia pomagało mi też w tym, że w ogóle mogłam wydobyć z siebie jakiś dźwięk, a nawet więcej – śpiewałam całym sercem, tak jak potrafiłam. Po pewnym czasie dyrygent znowu przerwał – ciągle coś mu nie pasowało. Podszedł do pianina i zaczął sam sprawdzać akord po akordzie. Okazało się, że jedna z osób w innym głosie śpiewała o pół tonu niżej, lecz dyrygent, ku mojemu zdziwieniu, zwrócił tylko spokojnie uwagę, że dźwięk w tym miejscu jest inny i zaczęliśmy śpiewać dalej...

T. G.
   
 Jestem funkcjonariuszem policji

To, co opowiem, jest związane z moją pracą zawodową. Jestem funkcjonariuszem policji. Pewnego razu zbliżała się godzina zakończenia mojej służby, zbierałem się do domu i już myślałem o tym, co będę w domu robił, a tu znowu jakaś interesantka przyszła. Pomyślałem sobie w duchu: „Nie miała kiedy przyjść, akurat kiedy mam wychodzić! Ale nic – myślę – przyjmę ją, bo wiadomo, jak to dzisiaj jest? Może następnego dnia gdzieś tam na skargę pójdzie, będę się musiał tłumaczyć”.
Wydawało mi się na początku, że ta jej sprawa dotyczyła błahych problemów: miała trudności ze swoim mężem i chciała, żebym go wezwał, nastraszył. Pomyślałem: „Nie jestem jakąś czarownicą, żebym zaraz straszył albo groził!”. Ale nic, siedzę, słucham jej, a jednocześnie myślę, co będę robił, gdy przyjdę do domu. A ona cały czas tłumaczyła mi dalej. W pewnym momencie, nawet się rozżaliła, zobaczyłem w jej oczach łzy. I coś we mnie się poruszyło.
Akurat w tych dniach mieliśmy Słowo Życia: „Wszystko, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie!” (Mt 7, 12). Myślę: „Jeżeli ja bym był teraz w ciele właśnie tej kobiety, która tutaj przychodzi ze swoimi bolączkami, problemami, to jak ja bym się czuł, jeżeliby mną też ktoś tak pogardził? Ja też mogę się znaleźć w podobnej sytuacji, iść do jakiejś instytucji albo w ogóle do jakiegoś bliźniego, żądać pomocy czy porady duchowej, wewnętrznej – czy chcę, żeby mnie tak potraktowano?...” Gdy zacząłem myśleć w ten sposób, wtedy właśnie jakoś inaczej spojrzałem na tę osobę. Już nie spoglądałem co chwilę na zegarek, czy już jest blisko koniec, tylko starałem się ją poważnie wysłuchać, nawet sobie porozmawialiśmy chwilę. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że ta sytuacja nie jest taka tragiczna, nie jest tak źle, jak ona w pierwszej wersji przedstawiała. Pomyślałem na końcu: „Dobrze, że ta rozmowa wyszła!”.
Później wezwałem jej małżonka. Przyszedł po trzech dniach i też tak sobie porozmawialiśmy o ich sytuacji rodzinnej. Sam przyznał, że źle postąpił. Miałem wrażenie, że w nim też jest jakaś skrucha, on też chciał, żeby jednak rozpad ich związku małżeńskiego nie nastąpił.
Upłynął jakiś tydzień od tej rozmowy, już nawet zapomniałem o tej sytuacji. Pewnego dnia idę ulicą, patrzę: idą sobie razem. Za ręce się trzymają, jakby byli nowożeńcami, a było to małżeństwo już ze stażem piętnastoletnim. Dzieci koło nich. I najbardziej w tej chwili wzruszyło mnie to, że ta kobieta podeszła do mnie na ulicy razem z mężem i bardzo mi dziękowali. Doświadczyłem wtedy takiej niezręcznej sytuacji – przecież ja na początku tak ich ignorowałem, tak niewłaściwie podchodziłem do ich problemów. Nie zdawałem sobie sprawy, że mogę im w jakiś sposób pomóc, a jednak przez to, że żyłem Słowem Życia i starałem się jednak ich zrozumieć, potrafiłem w jakiś sposób przyczynić się do tego pojednania – ale tylko dzięki pomocy Bożej!

S. S.


 II. Tajemnica krzyża


Najtrudniejszym aspektem Krzyża jest to, że nie można Go tłumaczyć. A jednak doświadcza dużo światła ten, kto akceptuje ciemność Krzyża przez Słowo Boże.


Jeśli ktoś bierze ci płaszcz...

Jestem doręczycielką. Moja praca jest dość trudna i odpowiedzialna. Obowiązki moje muszę wypełniać z wielką uwagą i odpowiedzialnością. Gdyby nie to, że należę do Wspólnoty Krwi Chrystusa, nie wiem, czy bym samodzielnie podołała temu wszystkiemu, co spoczywa na moich ramionach.
W pracy miałam okazję przeżyć wiele nieprzyjemności i niepowodzeń, które nauczyły mnie większej miłości do Jezusa, który przelał za mnie swoją Krew. Pewnego dnia, gdy nadeszła poczta, otrzymałam list z USA. Był to list zwykły, ale o większych wymiarach. Nadszedł uszkodzony. W pośpiechu nie zauważyłam i wzięłam ten list na rejon. Gdy chciałam doręczyć go adresatowi okazało się, że nie ma go w domu. Włożyłam więc list przez płot w drzewko, sądząc, że tak będzie dobrze. Adresat wróciwszy wyjął list i złożył na mnie skargę do naczelnika poczty. Stwierdził, że w liście oprócz zdjęć były dolary. Posądził mnie o kradzież. Mimo tłumaczenia, że nawet do listu nie zajrzałam i nie mam pojęcia, co w nim mogło być, adresat upierał się przy swoim i żądał ukarania mnie oraz oddania pieniędzy za dolary. Wytłumaczyłam się, jak mogłam przed swoim zwierzchnikiem, ale adresat obstawał przy swoim, mimo że naczelnik mówił mu, że jestem pracownikiem sumiennym i nienagannym. Doszło do tego, że zaczął grozić sądem, jeśli nie zwrócę mu pieniędzy, które rzekomo zabrałam.
Nie wiedziałam, co zrobić. Nie zarabiam dużo i za tę sumę mogłabym kupić dzieciom dwie pary butów. Potem przypomniałam sobie jednak, że Jezus przelewając Krew za nas też wszystko znosił, a był przecież niewinny. Powiedział też: „Jeśli kto bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty” (Łk 6, 29).
Chciałam żyć tym Słowem Życia. Ono podpowiedziało mi, co mam zrobić. Poszłam do tego człowieka i dałam mu pieniądze wierząc, że z pomocą Jezusa moje dzieci przeżyją. Doświadczyłam wielu owoców w sercu. Cała ta sprawa nauczyła mnie, co to znaczy znosić niesprawiedliwość i uczyć się pokory. Odczułam, jak wiele wewnętrznego pokoju daje zaufanie Słowu Jezusa.

E. S.

 Pomimo wszystko – wierz

Była niedziela. Po przeżytym skupieniu w Domu Misyjnym wracałam radosna, wypełniona miłością do Boga i ludzi. Niespodziewanie przyszedł moment kryzysu. Stało się to tak nagle, że ani się spostrzegłam. Uniesiona niechęcią i gniewem do człowieka, z którym nie mogłam się dogadać, zapomniałam, skąd zawsze biorę moc w podobnych sytuacjach. Przedstawiał mi on swój punkt widzenia – według mnie nie do przyjęcia (tym bardziej, że poszkodowanych by było dwoje dzieci z mamą). Nie wytrzymałam tego, bardzo się uniosłam, a ostatecznym pogrążeniem mojego ducha była jego wypowiedź: „Czy musi być zawsze tak, jak ty chcesz?”. Podobnie jak ja uważał mój syn, który był obecny przy tej rozmowie. Nawet nie przyszło mi na myśl, że „ma być tak, jak ja chcę”. W tym momencie myślałam po prostu o dobru tych ludzi. Aby uniknąć dalszej dyskusji, by sytuacja nie stała się jeszcze bardziej drastyczna, próbowałam zejść mu z oczu, ale on czuł się ciągle nienasycony, dalej wysuwał swoje argumenty, które coraz bardziej okazywały się bezsensowne, przez które niszczył we mnie resztę spokoju i rozsądku. Nie wytrzymałam, ubrałam się szybko i wyszłam, chciałam być jak najdalej od niego.
Wyszłam na ulicę. Było już ciemno. Gdzieniegdzie przechodzień. Wtulona w kołnierz, pozwalałam sobie na wypłakanie się do woli. Rozmyślałam – co za bzdura: „Czy musi być na moim?”. Wcale nie. Znów na myśl przyszli ci, którzy byliby pokrzywdzeni. Żal w sercu za jego oziębłość, za to, że nie liczy się z innymi. Taki sam: po trupach, byle tylko trwać przy swoim. Komu tu potrzebna racja? Nie znam go wciąż, choć żyjemy tyle lat razem. Wciąż nowe oblicze.
Mija czas, coraz bardziej pusto na ulicach i coraz bardziej uświadamiam sobie, że ten mój dom to nie dom. Boję się wrócić do niego. Boję się ataku i nowych zranień. Czuję się jak ludzie bezdomni, zdruzgotana, brak sił, by przejść do normalnego życia.
Próbuję się uspokoić, w sercu prośba: „Wyjdź, duchu smutku – Przyjdź, Duchu pokoju!”. Kroki bezwiednie skierowałam na dworzec. Wyjechać stąd daleko. Uciec do ludzi, wśród których czuję się bezpiecznie i dobrze. Ale czy ta ucieczka coś da? Ucieknę dzisiaj – uciekać będę całe życie. Zdałam sobie sprawę, że uciekam przed Krzyżem, który powalił. Nerwy ustępowały. Jak oddech miłości – szept: „Nie bój się, wierz tylko” (Mk 5, 36). Nie bój się; choć czuję się zniszczona, przegrana. Tylko w Bogu moja moc. Różaniec kurczowo ściskam w ręce. Nie mam sił, by go odmawiać. Mijają godziny. Spotykam na ulicy tylko patrol policji na dyżurze i myślę sobie: „Wcale nie jest tak źle na tej ulicy. Ona przyjmie każdy element”. Przychodzą na myśl ludzie bezdomni.
Noc była dżdżysta, ale ciepła, na zegarze – 24.00. Słowo: „Nie bój się – wierz tylko”.. Nie bój się wrócić. Nogi obolałe chciały odpoczynku. Cicho, wystraszona szłam do tego, co się domem nazywa. Czułam się zdradzona, oszukana. Ktoś jakby przeciął ostatnią nić porozumienia i nadziei na to, że kiedyś te poranienia można uleczyć.
Słowo Życia: „Nie bój się – wierz tylko”. Pomimo wszystko – wierz. W tej chwili dziękowałam Panu Bogu za przeżyte lata, za to, że droga życia zbliża się ku końcowi – to jedyna moja pociecha.
Zasnęłam w swoim pokoiku umęczona, ale pogodzona. Tu było ciepło i bezpiecznie – wtulona w kochające serce Jezusa.

M. R.

 III. Udział w Zmartwychwstaniu


Człowiek czuje się wolny i szczęśliwy, gdy doświadcza zwycięstwa. Największe zwycięstwo to Zmartwychwstanie Chrystusa. Żyjąc Słowem Życia, każdy może chociaż trochę uczestniczyć w radości Jego Zmartwychwstania.


Brzydki kierowca

Pragnę opowiedzieć proste zdarzenie, które na początku mojej drogi w Zgromadzeniu Misjonarek Krwi Chrystusa było dla mnie doświadczeniem mocy Krwi Chrystusa i jej wpływu na zmianę mojego sposobu patrzenia i myślenia.
W sierpniu, w okresie szczytu pielgrzymkowego, wracałam z Częstochowy do Domu Misyjnego w Swarzewie. Miałam pod opieką dwie osoby. Pociąg do Gdyni był przepełniony i całą drogę staliśmy dosłownie na jednej nodze. Po całonocnej męczącej podróży marzyliśmy o tym, aby jak najprędzej znaleźć się w domu. Musieliśmy jednak dłużej czekać na autobus w Gdyni. Kiedy znaleźliśmy się w zatłoczonym autobusie, wypełnionym ludźmi i plecakami, przedostałam się z trudnością do kierowcy, aby kupić dla nas bilety do Swarzewa. Kierowca powiedział, że musimy jechać dalej, do Władysławowa, bo w Swarzewie nie zatrzyma się. Dla nas oznaczało to albo wracać pieszo kilka kilometrów z bagażami, albo czekać, nie wiadomo jak długo, na kolejny autobus powrotny we Władysławowie. Byliśmy bardzo zmęczeni, dlatego prosiłam kierowcę, aby zatrzymał się  w Swarzewie, powiedziałam, jak trudną mieliśmy drogę. Usłyszałam jednak suche i stanowcze „nie”. Ponowiłam prośbę, ale bez skutku. Z powodu tłoku i zatarasowanego plecakami przejścia nie mogłam wycofać się w głąb autobusu, aby przekazać wiadomość tym, z którymi jechałam. Stałam więc tuż przy kierowcy i patrzyłam na profil jego twarzy. Nie miałam dobrego nastawienia. Myślałam, że jest nieludzki, zły, nawet wydawał mi się w tym momencie wyjątkowo brzydki, niesympatyczny.
Za moment jednak zreflektowałam się. Przecież jestem misjonarką i nie mogę tak myśleć. Walczyłam z sobą, ze zmęczeniem, niechęcią, żalem. Przypomniałam sobie Słowo Życia. Patrząc dalej na profil twarzy tego człowieka, coraz bardziej uświadamiałam sobie, że przecież za niego, jak za mnie, jak za każdego, Jezus przelał swoją Krew, że w oczach Boga ma on wielką wartość. Myślałam też: „Przecież ten dzień może być dla niego tak ciężki jak dla mnie, może jest bardzo zmęczony, przecież w nim jest obecna Krew Jezusa”. Patrząc dalej na jego twarz, ze zdziwieniem odnajdywałam w niej coś, co przypominało mi Chrystusa. Nigdy, do końca życia nie zapomnę tego wrażenia.
Zbliżaliśmy się właśnie do Swarzewa. Nieoczekiwanie kierowca zwrócił się do mnie i o coś zapytał. Ton jego głosu był zupełnie inny, spokojny, życzliwy. Chwilę rozmawialiśmy i już nie dziwiłam się, kiedy zatrzymał autobus na przystanku w Swarzewie. Pozostała tylko głęboka zaduma nad mocą Słowa Życia, które otrzymałam na cały rok: „Krew Chrystusa jest mocniejsza!” (por. Hbr 12, 24).

T. C.